Nie każdy klient przychodzi, bo chce. Część osób trafia do gabinetu z polecenia — sądu, pracodawcy, rodziny czy lekarza. Bywają zamknięci, nieufni, czasem wprost wrogo nastawieni. Praca z osobą skierowaną to jedno z większych wyzwań w terapii, a zarazem obszar, w którym Terapia Skoncentrowana na Rozwiązaniach pokazuje swoją siłę.
Dlaczego „brak motywacji” to mit
W TSR nie zakładamy, że klient jest niezmotywowany. Zakładamy, że jest zmotywowany — tylko do czegoś innego, niż chcielibyśmy na pierwszy rzut oka. Osoba skierowana przez pracodawcę najczęściej bardzo chce, żeby dać jej spokój, żeby szef przestał naciskać, żeby szybko mieć sprawę z głowy. I to jest realna motywacja, od której można zacząć.
Zamiast przekonywać klienta, że „powinien chcieć”, pytamy: „Co musiałoby się tu wydarzyć, żeby to spotkanie miało dla Pana jakikolwiek sens?”. To pytanie traktuje klienta poważnie i oddaje mu kontrolę, której odebranie zwpędziło go w opór.
Praca z oporem bez walki
Najgorsze, co można zrobić z osobą skierowaną, to przepychać się z jej oporem. TSR robi coś odwrotnego — przyłącza się do perspektywy klienta. „Rozumiem, że nie był to Pana pomysł, żeby tu być. Skoro jednak Pan przyszedł, co mogłoby sprawić, że nie będzie to całkiem stracony czas?”. Taki ton rozbraja nieufność szybciej niż jakakolwiek perswazja.
Stopniowo, od interesu „mieć spokój”, przechodzimy do tego, co klient sam chciałby, żeby było inaczej. Często okazuje się, że pod warstwą oporu kryje się prawdziwe pragnienie — spokojniejsze relacje, mniej napięcia, powrót zaufania. Pracy z trudniejszymi przypadkami uczymy w ramach Szkoły Superwizorów CKKMIP.
Pomocne jest też odróżnienie oporu od ostrożności. To, co terapeuta odbiera jako wrogość, bywa po prostu rozsądną nieufnością kogoś, kto został tu przysłany wbrew sobie. Klient nie wie jeszcze, czy może zaufać, czy rozmowa nie obróci się przeciwko niemu. Potraktowanie jego dystansu jako czegoś zrozumiałego, a nie jako problemu do przełamania, samo w sobie rozluźnia sytuację. Mało kto broni się dalej, gdy nikt go nie atakuje.
Warto również pamiętać, że tempo tej pracy jest inne niż z klientem zmotywowanym. Z osobą skierowaną budowanie współpracy może zająć całą pierwszą sesję, a czasem i kolejną. To nie strata czasu, lecz fundament — bez niego każda technika zawiśnie w próżni. Terapeuta, który zaakceptuje, że na początku jedynym wspólnym celem jest „żeby to nie był stracony czas”, paradoksalnie szybciej dochodzi do momentu, w którym klient zaczyna chcieć czegoś dla siebie.
Od przymusu do współpracy
Pomocne jest też nazwanie wprost ograniczeń sytuacji. Jeśli klient wie, że terapeuta ma obowiązek przekazać komuś informację o przebiegu spotkań, lepiej powiedzieć o tym otwarcie, niż udawać, że rozmowa jest w pełni poufna. Paradoksalnie szczerość co do ram buduje zaufanie szybciej niż próby ich ukrycia. Klient skierowany jest zwykle wyczulony na fałsz i natychmiast wyczuwa, gdy ktoś próbuje go obejść.
Warto również docenić sam fakt, że klient się pojawił. Przyjście na spotkanie, którego się nie chciało, wymaga pewnego wysiłku, a często też pokonania złości czy wstydu. Zauważenie tego — „doceniam, że mimo wszystko Pan przyszedł” — bywa pierwszym momentem, w którym osoba skierowana czuje, że jest tu traktowana jak człowiek, a nie jak sprawa do załatwienia.
Przełom następuje w momencie, gdy klient odkrywa własny cel w sytuacji, w której znalazł się nie z własnej woli. Wtedy z osoby „przysłanej” staje się kimś, kto naprawdę nad czymś pracuje. To wymaga od terapeuty cierpliwości i powstrzymania się od oceniania, ale daje efekty tam, gdzie nacisk i przekonywanie tylko pogłębiają opór. Klient bez motywacji nie istnieje — istnieje klient, którego motywacji jeszcze nie usłyszeliśmy.